Szukaj
Close this search box.

Krzew gorejący – o malarstwie Jerzego Tchórzewskiego

Jerzy Nowosielski

Niebezpieczeństwo dla malarza jest tylko jedno – dać się wciągnąć w orbitę poprawności, narzuconej przez obowiązującą estetykę. Wszelkie inne niebezpieczeństwa możemy uznać za mniej groźne lub, jeśli kto woli, mniej aktualne. „Dziwność” wizji ulega najłatwiej stłamszeniu. Nie mam na myśli tak zwanej oryginalności. To pojęcie należy bowiem do arsenału nowoczesnego bon-tonu plastycznego. Dlatego jednak jest pojęciem negatywnym. Na dziesięć wypadków osiągnięcia oryginalności wizji, w jednym tylko dochodzi do głosu ,,dziwność”. Potrzeba oryginalności może się stać i stała się istotnie raczej przeszkodą w osiągnięciu tamtej, innej, tak pożądanej dziwności.

∗ ∗ ∗

Cytuję z pamięci i nieściśle z Traktatu o malarstwie (Cennino Cennini): „Jeżeli wzorujesz się na jakimś mistrzu, wybierz sobie jednego, a nie przerzucaj się ciągle z jednego na drugiego. Jeżeli będziesz się wzorował pilnie na jednym, wyrobisz sobie z czasem własny, oryginalny sposób malowania”.

Takie właśnie spostrzeżenia poprzedzić muszą uwagi o wystawie Jerzego Tchórzewskiego[1]. Jakiś zgrzyt, jakiś dysonans, bolesny i niepokojący, towarzyszy nam przy jej oglądaniu. To nie mieści się w ramach obiegowej estetyki, panującej w ostatnim dziesięcioleciu. To jest wprost „niewygodne” do oglądania.

Ale kiedy przyjdziemy na wystawę w dzień (wieczorem, przy ciepłym świetle elektrycznym, przepada połowa drapieżności kolorystycznej tych obrazów) i poobcujemy z tymi nieznośnymi na pozór malowidłami, zaczyna nam się to opłacać.

Najbanalniejszym spostrzeżeniem byłoby chyba stwierdzenie polskości tego malarstwa. Ależ tak! Gdyby Witkiewicz zechciał wyciągnąć konsekwencje ze swej postawy malarskiej, doszedłby zaiste do podobnych rezultatów. Już to samo decyduje o fakcie, że Tchórzewski pozostaje na niezbyt przyjacielskiej stopie z obiegową estetyką ostatniego okresu. Lecz owa sarmackość jego malowideł to tylko teren, na którym rozwija się obsesja ślizgających się błysków i gwałtownych eksplozji światła – kolorów. Nie powiedziałbym, jak twierdzą niektórzy, że malarz ten zrywa całkowicie z prawidłowością zestawień kolorystycznych, wypracowaną od tysiącleci. Balansuje jednak na peryferiach tej prawidłowości, dochodząc w tym do ostatecznych granic możliwości percepcji optycznej. W każdym razie jest to malarz trudnych zestawień, w czym bliski jest tajemniczej wizyjności Grünewalda. Malarstwo Tchórzewskiego nie jest dekadencko abstrakcyjne. Maluje on zawsze jakieś bardzo wyraźnie określające się konkrety, których byt nie ogranicza się bynajmniej do płaszczyzny malowidła. Odnosi się zawsze wrażenie, że konkrety te istnieją poza swą realizacją malarską. Tu muszę wyjaśnić, że tendencje abstrakcyjne upatruję w malarstwie bez związku z formalną przynależnością do abstrakcjonizmu. Uważam, że istnieją malarze figuratywni o silnie zarysowanych skłonnościach abstrakcyjnych i odwrotnie. I tak u Tchórzewskiego występuje skłonność do przedstawiania, mimo pozorów jego przynależności do abstrakcji geometrycznej, pozbawiona jednak pretensji do jakiegokolwiek organizowania płaszczymy lub formatu obrazu. Nieolejne malowidła Tchórzewskiego (o bardzo skomplikowanej technice) odznaczają się większym jeszcze kunsztem wywoływania efektów właściwych wizji tego malarza [il. 1].

1. Jerzy Tchórzewski, Żagiew, 1957, gwasz na papierze, 100 × 70 cm
1. Jerzy Tchórzewski, Żagiew, 1957, gwasz na papierze, 100 × 70 cm

I tutaj chciałbym podkreślić jeszcze jedną narzucającą się nieodparcie cechę tego trudnego malarstwa. Oznacza ono dla mnie koniec surrealistycznego spojrzenia na sztukę. Oczywiście surrealizm zostawił dzieła niebywałej piękności i poezji – niemniej metoda ta, jako metoda twórcza w malarstwie, należy chyba do dnia wczorajszego. Była to metoda mówienia nie wprost. Dziś sytuacja zmieniła się o tyle, że potrafimy pewne sprawy pokazywać bez metafory. Może to i przykro, ale takie już są wymogi naszego „strasznego świata”.

∗ ∗ ∗

Opisywanie twórczości malarza jest rzeczą trudną, a często daremną. Łatwiej jest i w niektórych przypadkach bardzo pożyteczne pokusić się o spojrzenie na tę twórczość na szerszym tle wszystkiego, co dzieje się w malarstwie współczesnym. A tła tego obecnie nie brakuje. W przypadku Tchórzewskiego jest to dogodny moment, ponieważ teraz właśnie szaleje gorączka któregoś tam z rzędu nawrotu ekspresjonizmu. Jestem konserwatystą i reakcjonistą, i odbieram ten niby ekspresjonizm jako nieodpowiedzialny, płytki wybryk niewyżytych ambicji artystycznych „nowych dzikich”. Oni zresztą nie lepiej o sobie mówią. Ale ta moda jest agresywna, nawet w akademiach daje o sobie znać. Czymże są jednak owe poszukiwania i grymasy w porównaniu z prawdziwą, drapieżną dzikością malarstwa Tchórzewskiego? Sempoliński mówi o tym: płomień. Ten płomień płonie już parę dziesiątków lat z jednakową siłą. Płonął, kiedy przeżywaliśmy apogeum informelu, później, kiedy byliśmy świadkami rygorystycznej, konsekwentnej działalności formalistów, jeszcze później, kiedy w środowiskach artystycznych widoczny stał się wpływ naprawdę wielkiej sztuki Bacona, no i wreszcie teraz, kiedy zalewa rynki światowe rockowa wrzawa „nowych dzikich”. Zaiste, krzew to gorejący [il. 2].

2. Jerzy Tchórzewski, Płonące formy, 1982, akryl na papierze, 100 × 75 cm
2. Jerzy Tchórzewski, Płonące formy, 1982, akryl na papierze, 100 × 75 cm

Dziwne, jak na tle ciągle zmieniającej się scenerii tego, co nazywamy sztuką nowoczesną, trwają nieliczni malarze, jakby w izolacji, jakby niepodatni na niepokój ciągłych przemian i strachu, aby nie wpaść w rytm tych przemian. Jest ich bardzo niewielu na świecie. Trudno o taką niezależność. Jak oni to robią?

∗ ∗ ∗

Malarstwo Jerzego Tchórzewskiego rozwija się od końca wojny prawie, a więc kilkadziesiąt lat w sposób zupełnie swoisty, powiedziałbym, zupełnie autonomiczny w stosunku do całego „kontekstu” artystycznego zmieniających się tendencji, kierunków i mód. Niewielu jest takich malarzy, jednak stanowią oni jakiś rdzeń sztuki europejskiej i światowej. Nie chcę przez to powiedzieć, że malarstwo to nie zmieniało się, nie przechodziło ewolucji. Ale ta ewolucja była właśnie niezależna od wszystkiego, co działo się naokoło.

Malarstwo Tchórzewskiego wielokrotnie opisywano, charakteryzowano, oceniano. Ja sam jestem autorem kilku tekstów na jego temat. Jest to malarstwo ogólnie znane, bez którego trudno sobie wyobrazić naszą sztukę powojenną. Nie zamierzam więc powtarzać tych opisów, tych analiz i tych charakterystyk. Uważam, że sens ma w takiej recenzji uchwycenie jakichś istotnych cech, a może tylko jednej cechy osobowości artystycznej malarza?

Z tego, co wyżej powiedziałem, wynikałoby, że cechą tą jest niezależność od kontekstu artystycznego. Ale jaka niezależność? Przecież bez tzw. sztuki nowoczesnej, czyli po prostu, sztuki naszych czasów, zupełnie niemożliwe byłoby powstanie malarstwa Tchórzewskiego. Tak samo, jak niemożliwe byłoby działanie artystyczne innych „niezależnych”, tych niewielu, którzy, pomimo swej niezależności, organicznie tkwią w swojej epoce i swoim środowisku.

Może ta „niezależność” na tym polega, że w ich malarstwie, a więc i w malarstwie Tchórzewskiego występują wszystkie wprawdzie elementy nowoczesnej świadomości plastycznej, nowoczesnych tendencji – od ekspresjonizmu, surrealizmu, poprzez głęboko przyjętą i realizowaną świadomość abstrakcji niegeometrycznej (informelu), ale występują te elementy w takich proporcjach i w takim zestawieniu, że żadna konkretna realizacja malarska tego malarza nie da się bezpośrednio zaszeregować do jakiejś określonej grupy, jakiegoś określonego kierunku.

Taka jest rzeczywistość tego malarstwa. Tego, jak powiedziałem, nie trzeba dokładniej opisywać. Ale jest jeszcze jedno. Mianowicie, Jerzy Tchórzewski jest profesorem Akademii Sztuk Pięknych. Pozycja profesora w takiej instytucji jest zupełnie wyjątkowa. Ale jest też bardzo ważna. Czy teraz, w naszych czasach, w takiej instytucji, w takim środowisku, jakim jest ASP, może działać tak, na takich zasadach, jak np. działał Wyczółkowski, Wyspiański czy też Stanisławski? Czy może być animatorem pewnych tendencji artystycznych, bardzo aktualnych w danym momencie? Pytania te nie są zupełnie retoryczne. Ja sam, jako wieloletni profesor stosowałem i takie, i inne zasady dydaktyczne. Dawało to bardzo różnorodne rezultaty. Czasem udawało mi się animować autentyczny wysiłek malarzy, tak, jak to było np. w przypadku „fotorealizmu”. Te moje rezultaty animacji aktywności malarskich były dobre, i były niedobre, ponieważ ograniczały malarzy, często bardzo radykalnie.

∗ ∗ ∗

Myślę, że Tchórzewski w swej działalności dydaktycznej, w swoim oddziaływaniu na młodzież malarską nigdy by niczego takiego nie zrobił. Po prostu nie potrafiłby. Myślę, że kontakt ze studentami Tchórzewskiego polega na tym, że jest to kontakt młodych artystów z artystą „starym”, ale takim, któremu przez cały czas jego rozwoju nie udało się skłamać. Nie udało się „przystosować”. Nie to, żeby nie chciał, nie wiem. Ja chciałem. Ale nie potrafiłem. Tak samo Tchórzewski. Nie potrafił wtedy, kiedy wszyscy się bali. Nie potrafił jednak i wtedy, kiedy już nikt się niczego nie bał, najwyżej tego, że już nie będzie popularnym.

Ponieważ recenzja dotyczy przyznania stopnia profesora zwyczajnego, to muszę napisać, że Tchórzewski takim zwyczajnym profesorem był od dawna. Kontakt z młodymi malarzami Tchórzewskiego jest właśnie realizowaniem tej najprostszej zasady „zwyczajności” w życiu artystycznym, w życiu społecznym i w stosunkach między ludźmi.

Do tych stwierdzeń dodać pragnę parę uwag. W historii powojennej wyższych szkół artystycznych „profesorami zwyczajnymi” bywali ludzie bardzo różni. Może i doświadczeni dydaktycy, choć i to określenie wymagałoby weryfikacji, ale, szczerze mówiąc, ludzie, których pozycja artystyczna była mała albo i żadna. Jest coś żenującego w fakcie, że po latach pracy artysta znany i wybitny, którego obecność w naszej sztuce jest czymś oczywistym i najbardziej „zwyczajnym”, że w imieniu takiego artysty szkoła ubiegać się musi o „uzwyczajnienie” jego tytułu. No ale to ma swoje przyczyny, o których wiemy, a ja ze swej strony pragnę jak najbardziej stanowczo poprzeć wniosek o przyznanie Jerzemu Tchórzewskiemu stopnia profesora zwyczajnego.

 

[1957, 1988, 1990]

 


[1] Mowa o pierwszej indywidualnej wystawie Jerzego Tchórzewskiego (wraz z Aliną Szapocznikow) w CBWA Zachęta, Warszawa, 6 IX – 26 IX 1957 [przyp. red.].