Szukaj
Close this search box.

Malarstwo nocą

Tadeusz Różewicz

W nocy, po przebudzeniu myślałem o śmierci (ołów wśród metali to nieboszczyk martwy ciężki)… myślałem o malarstwie Jerzego Tchórzewskiego… W nocy żyje muzyka albo poezja, ale malarstwo prowadzi egzystencję utajoną, pozbawiona światła przestrzeń jest jakby życiem „pozagrobowym” malarstwa… było ciemno, pod zamkniętymi powiekami w mojej pamięci wyobraźni zaczęły się tłoczyć i spiętrzać dziesiątki i setki obrazów Tchórzewskiego… jedne obrazy zapalały się od drugich i nagle zobaczyłem pożar… w ciemności stał Tchórzewski podpalacz i twórca tego ognia. Próbowałem porównać malarstwo Tchórzewskiego do płomienia, ale metafory i porównania są niebezpieczne. Płonąca zapałka, płonące ognisko, płonący las… albo płomień w jaskini… płomień w jaskini filozofów… [il. 1].

1. Jerzy Tchórzewski, Płomień, 1966–1967, olej na płótnie, 149,5 × 89,3 cm, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy
1. Jerzy Tchórzewski, Płomień, 1966–1967, olej na płótnie, 149,5 × 89,3 cm, Muzeum Okręgowe im. Leona Wyczółkowskiego w Bydgoszczy

Wszystkie banały usłużnie zbiegają się dokoła tej kartki papieru… wystarczy wyciągnąć rękę… Ile to już razy przerywałem pisanie tego „szkicu” o malarstwie Tchórzewskiego. Dodatkową trudność stanowi fakt, że sam Tchórzewski znakomicie włada piórem, czytałem wiele jego wypowiedzi na temat malarstwa innych, ale także na temat malarstwa własnego. Zawsze zadziwiał mnie precyzją i jasnością… był też tam element poezji. No, tak! porównanie do płomienia narzuca się tu z wielką siłą, ale porównanie jego malarstwa do muzyki jest trafniejsze… do muzyki? Do śpiewu? O ile malarstwo Brzozowskiego porównywałem (na mój prywatny użytek) do atlasu anatomicznego malowanego przez Rembrandta… i Soutine’a, malarstwo Kazimierza Mikulskiego do „tajemniczego” mitologicznego jaja Ledy… jajo koloru hiacynta… Leda miała złożyć to jajo po stosunku z Zeusem-łabędziem… a może jajo spadło z księżyca… (Mikulski… to jeden z tych malarzy, o których też próbowałem pisać)… niestety do uchwycenia malarza, uchwycenia, przyszpilenia jego obrazów… trzeba za każdym razem wynaleźć nowy język. A na wynalezienie (a może tylko wyszukanie?) nowego języka potrzeba wielu lat, może dwudziestu, może pięćdziesięciu? Mamy kryzys krytyki sztuki, mamy już nawet kryzys kryzysu krytyki i historii sztuki… „So können uns Wort und Wissen an die Tore der bildenden Kunst führen, aber erst jenseits dieser Schwelle liegt der wesenhafte Bezirk der bildenden Kunst, in dem das Auge mit sich allein ist und als letzte Instanz einer in sich ruhenden Ordnung verstanden werden muss…”

∗ ∗ ∗

Pamiętam młodego Tchórzewskiego – może jeszcze studenta akademii sztuk pięknych – kiedy malował nadrealistyczne i równocześnie bardzo zmysłowe bajki, opowiadania o nagich czarownicach, pięknych jak owoce światła, o kruchych, czarnych staruszkach odchodzących w zaświaty, o kotach, słońcach i księżycach. Mowa malarska Tchórzewskiego rodzi się wraz ze światłem w ciemności (w ciemnym pokoiku „domu pracy twórczej”). „Bildende Kunst wirkt durch ihre eigenen Mittel nur so weit, als sie sichtbar ist…”, a w pamięci, w wyobraźni, we wspomnieniu? Mój ulubiony Aldous Huxley napisał przed półwiekiem esej Muzyka nocą, chciałbym to dla Ciebie, Jurku, teraz nocą przepisać… (masz jakiś dzienniczek, pamiętniczek? wpisuję Ci więc ku pamięci ten cytat)… Nasze „własne słowa” nie wystarczają nawet do wyrażenia znaczeń innych słów; o ileż mniej wystarczają do przekazania treści, które pierwotnie wyrażano przez muzykę lub jedną z gałęzi sztuki wizualnej! Co, na przykład, muzyka „mówi”?…

∗ ∗ ∗

Ale wróćmy na naszą wąską stromą wyboistą ścieżkę i wędrujmy dalej do Tchórzewskiego. Znam jego obrazy olejne, gwasze, rysunki od wielu lat; oglądałem jego obrazy na wielkich i małych wystawach „zbiorowych” i indywidualnych, oglądałem – kolejno – w trzech pracowniach (jeśli sublokatorski pokoik w Krakowie można nazwać „pracownią”! Ale, on tam pracował! I jak pracował…)… były lata, że zasypiałem i budziłem się wśród jego obrazów (to na Solnej w Warszawie). Siedzieliśmy dniami i nocami (teraz nazywa się to „nocnym czuwaniem”?), rozmawiali o malarstwie i poezji, planowaliśmy jakieś wspaniałe albumy… omawiali ilustracje do moich tomików [il. 2].

2. Tadeusz Różewicz i Jerzy Tchórzewski, Warszawa 1960
2. Tadeusz Różewicz i Jerzy Tchórzewski, Warszawa 1960

Ze „wspaniałych albumów” nic nie wyszło… żadne wydawnictwo „artystyczne” nie zechciało się tym nigdy zainteresować… Ogrzewałem zziębnięte dłonie przy ogniu tego malarstwa. Teraz w zamkniętym czarnym pokoju stoi przed „oczami mojej duszy” jak płomienna ściana ognia… a po drugiej stronie tej ściany? Człowiek, który spada, a może się wznosi… to malarstwo zamienia się w krzyk… woła o ratunek? Czuję, jak słowa zalewają mi usta… to malarstwo jest bardzo fizyczne, namacalne, jakby złożone z powietrza, wody, ognia… powietrze drżące, woda kipiąca, ogień okrutny i zimny. Wojna wszystkich żywiołów. Bajki, ciała dziewcząt i starych kobiet… spłonęły. Wojna. Bomba atomowa. Ludzkość z zawiązanymi oczami zbliża się do przepaści… i w tym wszystkim piekło z okresu dzieciństwa, piekło, gdzie w ogniu i smole smażą się grzeszni młodzieńcy i starcy. Słychać śpiew z ognistego pieca… widzę uśmieszek na ustach malarza… no i dobrze… rozgadałem się!… W kotle, z którego wynurzył się Tchórzewski, gotowali się „kapiści”, surrealiści i ekspresjoniści… gdzieś tam mała plamka socrealistyczna, którą czasem jakiś pan rozdmuchuje daremnie do większych wymiarów… (niż na to zasługuje). Nieuchwytny, krnąbrny, rogaty jest ten Malarz. „Dumna sztuka”, jak mawiał mój ojciec. Sam jest pokarmem swojej sztuki (może dlatego taki chudy jak szczapa, smolista szczapa), sam jest drewnem na stosie, który podpala… i jak tu pisać o nim? Językiem płonącej Sodomy i Gomory, i Hiroszimy, i Warszawy, i Drezna? Feniks.

Nagle w ciemności wszystko nieruchomieje, można powiedzieć „ogień krzepnie, blask ciemnieje”.

∗ ∗ ∗

Był w tym niezwykłym malarstwie okres osłabienia, zwycięstwa koloru nad wewnętrzną dramaturgią i dynamiką… tak jakby „kapistowscy” profesorowie-koloryści (?) chcieli złowić krnąbrnego twórcę w swoje piękne sieci; był taki okres, że Tchórzewskiemu zaczęło zagrażać „piękno”… w czasie jednej z naszych rozmów, po obejrzeniu kilku obrazów, zwróciłem na to uwagę… może był osłabiony ciągłą walką i zaczął marzyć? Nie wiem. W każdym razie detonacje, wybuchy lawy, ognia, popiołu (i gniewu) zaczęły się przemieniać i mienić jak wspaniałe dekoracyjne zimne ognie… do tej pory nie wiem, czy Jerzy słuchał moich uwag… szły lata i artysta zaczął się znów miotać w sieciach swojego malarstwa, zaczął je rozdzierać… w obrazach zaczęły się rodzić embriony nowej formy. Tchórzewski jest jak krzemień, uderzysz w niego, posypią się iskry. Jest dobrze wychowany, ale nie jest „uprzejmy”. Widzę go, jak uśmiecha się ironicznie i ciepło… zmrużone trochę „kocie” oczy… papieros w pożółkłych od nikotyny palcach…

 

[1985]