Szukaj
Close this search box.

Nie tylko malarstwo

Ernest Bryll

Parę wczesnych wierszy czy debiut poetycki wybitnego malarza Jerzego Tchórzewskiego (1928–1999)? Może zapis chwili, kiedy mógł bardziej przejść na stronę pisania niż malarstwa? Ale czy warto zastanawiać się nad wierszami dwudziestolatka, który prosto z lasu (z konspiracji Armii Krajowej), zdał w roku 1946 na krakowską ASP [il. 1]?

1. Jerzy Tchórzewski, Autoportret, 1947, tusz na papierze, 49 × 29 cm
1. Jerzy Tchórzewski, Autoportret, 1947, tusz na papierze, 49 × 29 cm

∗ ∗ ∗

Żarówka światłem się śmiała

ponurej nocy w twarz

Tramwaj szlifował szyny

pod srebrny księżyca blask

Precle – krzyknął na plantach

sprzedawca ostatni raz

Potem mrugnęło razem siedemnaście gwiazd

i dziewięćdziesiąt dzieci usnęło w tej chwili

a potem słychać było tylko ciszę

i czasem, czasem raptem podbiegł wiatr.

∗ ∗ ∗

Okno, spojrzenie domu na ulicę.

W oknie kwitnie doniczkowy kwiatek

i śpiewa maszynowy pistolet.

A na ulicy dwóch Niemców

zakwita czerwonym kwiatem

śmiertelnych ran.

To tylko mały obrazek

z kwiatami.

 

Spadająca gwiazda

Kołują w głowach karuzele myśli

nagle

spadająca gwiazda

buduje

walącą się piramidę spojrzeń.

Karuzele myśli

na chwilę

wstrzymują swój bieg[1].

∗ ∗ ∗

Profesor Jan Tarasin, już po śmierci Tchórzewskiego, wspominał: „Jurek Tchórzewski na ASP przyjechał z Siedlec. Chodził w wojskowym, angielskim płaszczu z UNRY. Był bardzo towarzyski… Oprócz malowania pisał również wiersze. Kiedyś poprosił mnie, abym pokazał je Gałczyńskiemu, którego znałem. Podpisał je monogramem J.T.; Gałczyński zdaje się podejrzewał, że to ja jestem ich autorem. Na marginesie poeta napisał tylko, że za dużo w wierszach jest malarstwa, a za mało muzyki”[2].

Myślę, że wiersze ocenił dobrze i dlatego trochę wykręcił się z ogłoszenia wyroku. Tak często bywa, kiedy dojrzały poeta nie wie, czy pchnąć zdolnego młodzieńca na okropną drogę pisania. Jest talent, ale czy tak duży, żeby nie było rady – przeznaczone mu takie wędrowanie? Ale jak jest – myślę – z tymi wydrukowanymi w ważnym piśmie („Tygodnik Powszechny” 1948, nr 40) wierszami?

Ciekawe są, bardzo ciekawe. I jak u Tchórzewskiego – zawsze odnoszące się do konkretnych wydarzeń. Tak widzę ten wiersz zaczynający się od pojedynku żarówki z mrokiem. Byłem młodszy od Tchórzewskiego, ale też zachowałem w sobie to olśnienie światłem żarówki. Cyk – i już jasno. Nie zrozumie tego, kto nie ślepił przy lampie naftowej czy karbidówce. A tak było po wojnie w tych stronach. Bliskich – bo moją żarówkę zapalałem z nabożeństwem i zachwytem o jakie sześćdziesiąt kilometrów od domu dzieciństwa Tchórzewskiego. W wierszu to już jest miasto Kraków… Migawkowe spojrzenie na ulicę, na planty. Sprzedawca precli nawołujący ostatni raz przed nocą. Świetny wiersz. No, trochę ostatnia linijka dopisana do rymu. Ale wiersz zostaje w naszej pamięci. Tak samo reportaż z jakiejś akcji podziemia w później drukowanej migawce. Zupełnie inaczej niż najwięksi dziś dla nas poeci wojennego debiutu przedstawia ten temat Tchórzewski. Bezosobowo. Jak wspomnienie, które się chce opisać, aby wreszcie od niego uwolnić. To okno – spojrzenie domu, ten doniczkowy kwiatek, i nagle strzelaniny, trupy i zamknięcie sprawy tak prawie, jakbyśmy spoglądali na obrazek typu „ku pamięci”. Znakomity malarz dotknął poezjowania niebanalnie. Odrębnie. Ale też, jak w późniejszych wierszach, jakby nie dla tworzenia, a raczej wyrzucania z siebie, zamykania w konieczną formę ważnych wspomnień.

Tchórzewski pisał w sposób szczególny. Od razu w pierwszym rozdziale Wstęp do biografii ze Świadectwa oczu[3] dowiadujemy się, że to nie tylko książka wspomnień. I jestem przekonany: naprawdę zrozumieć można opowieść wielkiego artysty poprzez odtworzenie tego, co było, na nowo. Dla kogo? Dla ukochanej kobiety życia. Żony, którą zabrała śmierć.

Bez ukochanej nie umie żyć. Nie umie widzieć świata inaczej, jak dla niej. Wspomina więc, jakby budował magiczne zaklęcie. Ma ono przywołać dawne na nowo. Tak, aby było jak wtedy, gdy ona była przy nim. Zaklęcie. Reszta – to kontury świata, życia. Muszą być opisane precyzyjnie, jak najprawdziwiej, bo inaczej zaklęcie nie zaistnieje [il. 2].

 

2. Jerzy Tchórzewski z portretem żony, Warszawa, ok. 1987
2. Jerzy Tchórzewski z portretem żony, Warszawa, ok. 1987

∗ ∗ ∗

„Zaczynam ponownie. Zaczynam w złym momencie – w czasie, kiedy powiedzenie: «widzę jak przez mgłę» mogę zamienić na: «odczuwam wszystko jak przez mgłę». Gdybym to pisał za życia Tereni, nawet w okresie ustawicznego lęku o Jej życie, wspomnienia moje na pewno byłyby żywsze, barwniejsze. (…) Jak pisać teraz, kiedy ze śmiercią Tereni wszystko dla mnie straciło barwy? Całe moje życie, nawet ten dwudziestoletni okres przed poznaniem Tereni, miałoby sens i barwy w mych wspomnieniach poprzez Nią, dla Niej”[4].

Przez Nią, dla Niej. Przecież nalegała. „Pisz, pisz! Nikt w przyszłości nie będzie wiedział, jak to naprawdę było, tyle ważnych spraw pójdzie w zapomnienie, wszystko jest zafałszowane i fałszowane bez przerwy”[5].

Niezwykłość tej książki – to oślepiająca prawda o wielkiej miłości. Ballada jakby z mitycznych czasów. A miała miejsce w czasach naszych. Tych najtrudniejszych, paskudnych, w czasach fałszowania prawdy, która stawała się nieprawdą. Ballada o utalentowanym chłopcu, który dojrzewa jako artysta. O życiu prościutkim, rzetelnym, bardzo ubogim.

„Będę się starał pisać tak, jakbym pisał to w czasie Jej ziemskiej obecności, ale nie wiem, czy mi się to uda. Tak jak staram się żyć podobnie, jak żyłem za Jej życia i, niestety, żyć tak nie będę”[6].

I dlatego staram się pójść śladem Świadectwa oczu, oczu, co chcą zobaczyć dawne na nowo. Bo tak oczywisty był krajobraz tych opowieści lat 1946–1957.

Młodszy o siedem lat od Jerzego Tchórzewskiego, niby szedłem tuż za nim. Ale On jeszcze wiedział to, co dla mojego rocznika zapadało w ciemność. Miał lata wczesnego dojrzewania, okres studiów w Krakowie, o jakim nie marzyłem, bo nie wiedziałem nawet, o czym mam marzyć. Przeszedł, jak wielu artystów, przez wczesne lata pięćdziesiąte tak, jak myśmy nie przeszli. Pamiętam, spotkałem się z nim po raz pierwszy przy jakiejś próbie organizowania dyskusyjnych klubów i wystaw malarskich. Był to chyba rok 1955, może 1956.

Mój rocznik poetycki, uwolniony ze stryczka różnych wymogów ideologicznych, hasał wesoło, wzbijając kurz na gruzach. Chciałem od Niego akcesu radości, poczucia odzyskanej wolności. Od Niego, bo należał do tych artystów ze starszego pokolenia, co zaistnieli, czy raczej wychynęli, z zasypania – aż nam dech zaparło. Bo czułem: On – nie ci, co ciągle dyskutowali o przeróżnych rewizjach, spojrzeniach na socrealizm – On jest ważny, gdyż pokazuje coś nowego w malarstwie.

Tchórzewski był łagodny dla mojego pokolenia. Patrzył trochę ze smutkiem na nasze zabawy – może żal mu było, że kurz po zmianach opada i przysypuje nas znowu. Był inny od swojego przyjaciela Tadeusza Różewicza. Dziś bardziej rozumiem czemu. Bywaliśmy denerwujący (dla szanowanego przecież niezwykle przez nas poety), prymitywni w nadziejach, mało myślący.

A więc na pewno doczytałem się tu wiele z krajobrazu czasów „przedpaździernikowych”. Tego czasu przełomu, co był?, miał być?, nie stał się – albo – zaistniał inaczej.

Wiem – gdy czytam to, co zapisał Tchórzewski o owych latach – Jego pamięć, Jego zaklinanie pamięci jest dla mnie niezwykle ważne. Nawet kiedy coś widzę inaczej, wiem, że artysta przywołuje ten czas jak umie najprawdziwiej. W innym przypadku nie byłoby to stwarzanie wspomnień dla Niej, dla Teresy.

Poza tym sam Tchórzewski miał w myśleniu o sobie dużo wrodzonej skromności, dystansu do siebie. A jednocześnie twardą wiarę i odwagę. Warto przeczytać, jak patrzy na artystów warszawskich, podchody, zachody i dochody, On – niejasny przybysz z Krakowa. Nie, nie dlatego, że w Krakowie była stolica niezależności. Po prostu tam takiego dworu nie było. I takich tańców. Ale nie jest to wspomnienie, co poucza, naucza, ustawia, pogardza. Nad tym wszystkim – skarlałym, małym, groźnym – wysoko szybuje opowieść, gdzie naprawdę wszystko jest przez Nią, dla Niej.

Opowieść tak szara, a tak niebywała, aż mogę zrozumieć przeróżne odcienie tamtych czasów. A rzadko potrafią je pokazać autorzy innych pamiętników, i to tak wyraźnie.

∗ ∗ ∗

To, co pisze artysta, nie jest żadnym ocenianiem czasów czy ludzi. Zresztą Tchórzewski nawet już po czasach przełomu 1956 roku, w momencie, gdy jakby otwiera się przed nim tyle nowych dróg, mówi: „Bo ja się organicznie nie nadawałem do praktyk «religijnych» w sztuce, w ortodoksyjnym wydaniu, i tak to już będzie przez całe moje życie”[7].

I tak było, i tak czułem to, nawet wtedy, gdy brał udział w kolejnym zrywie lat osiemdziesiątych. Pamiętam Go sprzyjającego sprawie, ale trochę zafrasowanego naiwnością?, prostactwem?, prostotą marzeń? Oczywiście jest w tych wspomnieniach pełno wiadomości niezmiernie interesujących. Jest tyle ważnych dla rozwoju sztuki nazwisk. Jest tyle drobnych opisów różnych sytuacji oglądanych inaczej. Więc to kopalnia dla historyków, co sklejają wiedzę o tym, jak się działo. A dla mnie jest to niezwykła opowieść o miłości. O widzeniu wszystkiego tak inaczej, tak niezwykle. O pamięci. Artysta wspomina, odtwarza, zaklina dla Tereni trochę dobrych dni, kiedy to bezdomni w 1953 roku na kilka tygodni szczęśliwym trafem mogli zamieszkać wraz z dzieckiem w pokoiku, co mieścił się w ogromnym, pustym zamku Książąt Pszczyńskich. „No i wtedy byliśmy jedynymi mieszkańcami zamku po godzinie szesnastej. Kiedy wychodziliśmy z Terenią na wieczorne spacery po parku, dziwne wrażenie robił ten potężny gmach w świetle księżyca, o stu komnatach, gdzie tylko w jednej salce na drugim piętrze biło miarowo małe serduszko śpiącego Krzysia (…). Piszę te słowa, już radośniejsze (…). Piszę te słowa 11 października 1990 roku, w czwartą rocznicę najczarniejszego dnia w moim życiu, śmierci Tereni. Przede mną wisi obraz namalowany w Pszczynie, do którego pozowała Terenia (…). Pisząc o Pszczynie, o tym co było ponad trzydzieści siedem lat temu, o ile jestem bliższy siebie niż teraz, w tej chwili. Teraz nie wiem, gdzie jestem, po co jestem, wiem, że nic nie ma dla mnie większego znaczenia, że cokolwiek jest i cokolwiek będzie, nigdy naprawdę żywo nie poruszy moich uczuć (…). «Tereńka, żoneczko moja kochana» – mówiłem, głaszcząc delikatnie twą pomarszczoną skórę rąk. Wtedy mi powiedziałaś tą straszliwą, wkrótce, prawdę: «Przecież ty wiesz, że ja już nie jestem Twoja. Mnie już nie ma i Ciebie już nie ma, nas już nie ma». Tereńka kochana, jesteśmy stale i będziemy stale razem, mówię ci to dzisiaj po czterech latach naocznej nieobecności (…). A w tych brulionach opisuję nasze niełatwe wspólne życie tu na ziemi, bo chcę je przynajmniej w ten sposób przeżyć jeszcze raz”[8].

I to jest najważniejsze. Przez to możemy spojrzeć na wszystko, co było w Nim dla Niej, przez Nią.

∗ ∗ ∗

Niezwykły malarz. Zaczyna na nowo pisać wiersze w 1988 roku, po czterdziestu latach. Pisze do szuflady, a naprawdę dla Niej. Choć ważni poeci mówili mu: za dużo w tej poezji obrazu… „Różewicz wiedział, że interesuję się poezją, ale nie wiedział, że popełniłem trochę wierszy. Parę dni po ukazaniu się w «Tygodniku Powszechnym» moich wierszy, pamiętam, spotkałem Różewicza gdzieś koło kina Skala. «Czytałem wasze wiersze w ‘Tygodniku Powszechnym’ i rozmawiałem o nich z Turowiczem. Coś tak trochę do moich podobne». Uśmiechnąłem się w duchu, bo nic w tych moich wierszykach nie było z Różewicza, ale nie ulegało wątpliwości, że wolałby (…) znać mnie tylko jako malarza. Uspokoiłem go chyba, że rzadko piszę (…). Może idealizuję ten okres z perspektywy późniejszych doświadczeń, w każdym razie tak «czystych» przyjaźni artystycznych później już nie było. A jak było w środowisku literackim, nie wiem, może mniej «szlachetnie», skoro Tadeusz przyjaźnił się bardziej z malarzami niż z ludźmi pióra i coraz wyraźniej przede wszystkim ze mną (…). Kiedy znów w jakimś numerze «Tygodnika Powszechnego» ukazał się mój wiersz czy wiersze, Tadeusz powiedział mi (pamiętam, było to na Rynku Podgórskim): «Powinieneś się Jurek zdecydować, albo będziesz malować, albo będziesz pisać, bo robić jedno i drugie nie ma sensu». Później, jak ostatecznie «złamałem» swoje «poetyckie pióro» (…), twierdził, że (…) powinienem więcej pisać”[9].

 

3. Jerzy Tchórzewski, Ukrzyżowanie (Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki), 1983–1985, akryl na brystolu, 100 × 70 cm, Muzeum Archidiecezji Warszawskiej
3. Jerzy Tchórzewski, Ukrzyżowanie (Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki), 1983–1985, akryl na brystolu, 100 × 70 cm, Muzeum Archidiecezji Warszawskiej

 

To, co zostało napisane wierszem przez Tchórzewskiego, odczuwam jako inny, nie „kolczasty” nurt jego sztuki. To jakby korespondencja, zapiski, wyznania. Ale dlaczego w wierszu? Przecież Jerzy Tchórzewski pisał świetne wspomnienia, piękne listy. Może czuł, że są takie sprawy, które wymagają języka poezji, bo w inny sposób nie dają się dokładnie przekazać.

List

Adresat: Julian Przyboś, poczta Niebo nad Gwoźnicą,
pierwszy Obłoczek na prawo

Drogi Panie Julianie

ile to już lat

krąży Pan w swej Gwoźnicy

dookoła słońca

sporo

sporo

ja jeszcze depczę tę ziemię

chociaż coraz bardziej

jest mi nieprzyjazna

a może raczej

to ja

jestem

staję się

nieprzyjazny dla niej

tej tak czy owak

łaskawej ziemi

nawet dla krnąbrnych

ludzi

nie zawsze

nie zawsze

ale mniejsza

o to

Pan nie wierzył

ja wierzyłem

Nie

to nieprawda

Pan wierzył

ja nie wierzyłem

w co

w sztukę

czyli we wszystko

według Pana

zaraz zaraz

chodzi tu właśnie

o to wszystko

trzeba to rozplątać

czy to się uda

Pan uwierzył

bo Pan wiedział

ja wierzyłem ale

nie wiedziałem

Pan znalazł coś

raz na zawsze

ja szukałem (…)

∗ ∗ ∗

Tylko jaki jest ten język? W Liście do Juliana Przybosia – to przecież rozmowa z Przybosiem, ale tam – za obłokiem, Przybosiem innym niż dość zasadniczy w rozumieniu poezji pan Julian. Może Przybosiem z ostatnich lat życia, a może z Przybosiem twardo niewierzącym, a jednocześnie pełnym spokojnej wiary, jak słusznie pokazuje to tu Tchórzewski. I wiersz Kazimierz o Józefie Czechowiczu, czarodzieju młodości.

Kazimierz

pamięci Józefa Czechowicza czarodzieja mej młodości

 

Pochmurne chmury

roztrwoniły deszcze

znikły

wyjrzało blade

przeziębione słońce

i rozpoczęły się

powietrzne

zaloty wiatru

do obłoków

bo wiatr to

stary podrywacz

urwis

i lekkoduch

południe

dzwony rozkołysały

widnokrąg

rzeka jak pijana

zatacza się

pod horyzont

za którym

ukryła się

cisza

kiedy wiatry się

zmęczą

i umilkną

dzwony

wypełznie

i stanie

między ziemią

a niebem

i świat się

zamyśli i co tam jeszcze

jakaś rozłąka

łąki z lasem

i leśne nad nią

zamyślenie

pretensje

pustej werandy

nie wiadomo

do kogo

nie wiadomo

o co

i much na szybach zrzędzenie (…)

A przecież jakże silne było napięcie między koncepcją sztuki u pana Juliana a poezją Czechowicza. Tylko to jest jakby korespondencja do innych wymiarów rozumienia i porozumienia.

A te niezwykle piękne wiersze-zapiski o drzewach, oglądanie świata z wysokości koron drzew. Prawie sielskie, łagodne, na pewno nie „kolczaste” jak większość obrazów Tchórzewskiego. Może to, czego nie mógł uchwycić w swoich obrazach, a było mu tego żal, pisał wierszem. A wiersze do żony – one najbliższe temu, co zanotował w swoich pamiętnikach. Ale inaczej. Tu – skrót, westchnienie…

Ostatnie wyznanie

Odzyskałaś przytomność

śpieszyłem się

coś Ci jeszcze powiedzieć

Tereniu

ja nikogo

nie kochałem

tak jak

Ciebie

odwróciłaś się

nie mów mi tego

bo mi jeszcze

       ciężej

A nagle zupełnie inny Tchórzewski – taki niezwykle domowy w wierszach o spotkaniu z wnuczkami: Karolinką i Krysią. I pełen gorzkiej rozpaczy wiersz po śmierci księdza Popiełuszki [il. 3]. Czyta się te wiersze z dużym zainteresowaniem. Jak odprysk, znak nieodkrytej w sztuce malarza wrażliwości.

Pamięci ks. Jerzego Popiełuszki

Rzucili go

w śmierć

w wodę

w pamięć wieczną

w nieśmiertelność

kanalie

łotry

głupcy

samobójcy

 

Jak coś, co musiało być koniecznie zapisane. Z użyciem sposobów poezji. Ale może bez zamiaru pisania wiersza? Tak najprawdziwiej – bo trzeba to z siebie wyrzucić, trzeba gdzieś, może pod obłok nad Gwoźnicą Przybosia, wykrzyczeć, wyszeptać. Nie po to, żeby to napisać poezją. Raczej dlatego, że innym sposobem zapisać, wypowiedzieć się nie da. Może dlatego, że cały znakomity dorobek malarskiego przekazu jest tu bezradny. Może dlatego te wiersze, bo Tchórzewski musiał i umiał spoglądać na to, co dla niego ważne, nie tylko przez malarstwo.

Biegłem

(…)

a teraz siedzę

rzadko

niechętnie

ruszam się

z miejsca

kiedy spadnę

z krzesła

niech mi opadną

powieki

boję się długo leżeć

z otwartymi oczami[10]

 

_____

[1] „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 40, s. 4.
[2] J. Tarasin, Pięcioosobowy pokój, w: Jerzy Tchórzewski. Ostatnie szkice profesora, katalog wystawy, Galeria ASP 3A, Warszawa 2000.
[3] J. Tchórzewski, Świadectwo oczu. Wspomnienia z lat 1946–1957, Kraków 2006, s. 5–18.
[4] Ibidem, s. 6
[5] Ibidem, s. 5.
[6] Ibidem, s. 6.
[7] Ibidem, s. 266.
[8] Ibidem, s. 210–211.
[9] Ibidem, s. 147–149.
[10] Młodzieńcze wiersze Jerzego Tchórzewskiego cyt. wg: *** [Żarówka światłem się śmiała…], „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 27, s. 2; *** [Okno, spojrzenie domu na ulicę…], Spadająca gwiazda, „Tygodnik Powszechny” 1948, nr 40, s. 4. Wszystkie pozostałe pochodzą z: J. Tchórzewski, Wieczny początek gwałtownej chwili, Kraków–Warszawa 2003.