Szukaj
Close this search box.

Rysunek jako świadectwo

Jacek Sempoliński

Rysunki malarza mają szczególną wartość. Artysta, który całe życie drąży formę malarską, wszystkie swe dążenia, pasje, potrzebę doskonałości rozwiązuje farbą olejną na płótnie, płótno obciąża odpowiedzialnością, czasem przymusem, jemu powierza wątpliwości i rozterki na kamienistej drodze sztuki – w rysunkach czuje się wolny. Nawet jeśli jego obrazy zdradzają czasem objawy zmęczenia i przezwyciężeń, to są one wszystkie wpisane w organiczną strukturę malarstwa i w sam proceder postępowania. Rysunek jest swobodny, jest zapisem bezpośrednim stanu uczuć, złapaniem ulotnego pomysłu. Pomysł, gdy poddany zostaje „obróbce” malarskiej, skrywa się gdzieś w głębi pod bogactwem faktury, napięciem stylu. Obiektywizuje się, bo malarz pragnie stworzyć coś „gotowego”, gotowego by ono reprezentowało go na zewnątrz. Szczerość wprawdzie nie zmniejsza się, ale jej główny, zasadniczy ton przybiera dodatkowe alikwoty, komplikuje się wśród wielu złożonych znaczeń. Rysunek przedstawia samą – zaskakującą często – esencję wyobraźni twórczej, jak przelotne doznanie „zapachu” świata czy zapachu kwiatu i powietrza. Tę całą bezpośredniość i otwartość mają tylko rysunki malarzy, artystów, którzy nie traktują ich jako główny przedmiot swego zawodu – jak to bywa w przypadku grafików – lecz zostawiają całą ich niewinność. Ot, tak sobie myślę – dają do zrozumienia – tak w tej chwili czuję. Często zdarza się, że takie rysunki opatrywane są przez ludzi postronnych nazwą szkice. Nic bardziej fałszywego. To nie są szkice, lecz sam rdzeń talentu. Szkic jest ze swej istoty wstępem do obrazu, jest wprawką do czegoś innego, poważniejszego. Rysunek malarza nie jest wstępem do dzieła, jest dziełem w całej rozciągłości, bo mieści w sobie tyle samo warstw i znaczeń, co obraz olejny. Tak wyglądają rysunki Rembrandta, Tycjana, Picassa. Przeplatają się harmonijnie z ich obrazami i razem, obrazy i rysunki, coś wyjaśniają. Oczywiście dzieje się to w twórczości artystów wybitnych; wtedy nie można powiedzieć, że ktoś był lepszym rysownikiem niż malarzem lub odwrotnie. Był totalny. Jedność to przywilej malarzy wielkich.

Jerzy Tchórzewski to przykład artysty samorodnego i samoistnego. Zdumiewa, że na pytanie skąd się wziął, nie ma odpowiedzi. Na ogół możemy wytropić u malarzy ich proweniencję: o, to pochodzi od kubistów, to – od impresjonistów, to – od ekspresjonistów. Aura surrealna to nie „styl”, a w stylistyce Tchórzewskiego, w tej aurze nic od niczego nie pochodzi. I nie polega to na mozolnym wypracowywaniu odrębnego stylu właśnie – malarz tkwił w świecie swych form jakby od urodzenia. Ukazują to już prace studenckie, głównie rysunki – nie tknięte sztampą akademicką. Jakby artysta nie przyszedł do szkoły „znikąd”, lecz ze swego tajemniczego świata. Fragmenty wnętrza pracowni, postacie, elementy krajobrazu – to od początku utwory dojrzałego malarza [il. 1]. Na tyle dojrzałego, już jako młodzieńca, że do obecnej chwili nie straciły aktualności. Ostatnie cykle sprzed śmierci dodają tylko jedno: świadomość drogi utwierdzonej doświadczeniem.

1. Jerzy Tchórzewski, Bez tytułu, 1948, tusz na papierze, 30,5 × 21 cm
1. Jerzy Tchórzewski, Bez tytułu, 1948, tusz na papierze, 30,5 × 21 cm

∗ ∗ ∗

W rysunkach Tchórzewskiego widnieją te same motywy, co w jego obrazach: fantastyczne postacie, elementy krajobrazu, zwierzęta, rośliny. Pojawiają się równolegle z tematami, nad którymi właśnie pracuje jako malarz, ale też i niezależnie od tego; czasem wraca do dawniejszych wizji, czasem coś wyprzedza. Zawsze pozostaje w kręgu wynalezionej przez siebie „abstrakcyjnej figuracji”, choć zdarzają się też pełne przedstawienia osoby ludzkiej, na przykład w serii Ukrzyżowań. Enklawą w drodze malarskiej artysty był okres ściśle realistyczny, jako odpowiedź na hasło czasów (lata pięćdziesiąte), lub gdy ilustrował utwory literackie znajomych i przyjaciół; bywał też zafascynowany naturalnym krajobrazem miejsc, do których wyjeżdżał – Bułgaria, Puszcza Kozienicka – wtedy łapał wyraziste kształty drzew, domów, ludzi. W swej pracy dużo płócien poświęcił tematyce sakralnej – Pietà,Ukrzyżowanie; na obecnej wystawie[1] mamy tylko nieliczne tego dowody. Wystawa ukazuje za to wyraźnie budowanie repertuaru form, których potrzebę miał Tchórzewski od czasów studenckich. Jeden z krytyków napisał kiedyś, że malarz „wynalazł” kolec i nim organizował swe kłujące wizje. Istotnie, obrazy Tchórzewskiego są kolczaste; gdyby je przełożyć na język dosadny, byłyby to plątaniny ostów i cierni albo stalaktytowe wnętrza jaskiń, a jeśli jawi się otwarta przestrzeń, jest ona zawsze ułożona z wyostrzonych ni to skał, ni to drzew [il. 2].

2. Jerzy Tchórzewski, Bez tytułu, 6 VII 1991, flamaster na papierze, 40 × 50 cm
2. Jerzy Tchórzewski, Bez tytułu, 6 VII 1991, flamaster na papierze, 40 × 50 cm

Nawet kształty ze swej natury obłe i łagodne – postać ludzka – zamieniają się w rojowisko niemiłosiernych kolców. Wizja ogólna tego malarstwa jest przez to ponadnaturalna. W obrazach tę ekspresję wzmaga ponadto światło i kolor, który w rysunkach jest niewidoczny; rysunki to sama tylko zasada kształtowania, tym ciekawsza, że występuje w swej czystej postaci. Sama kreska – cienka i przenikliwa, pozbawiona nabrzmienia kolorystycznego – prowadzi w głąb wizji, jak ilustracja do groźnej baśni. Sławny jest obecnie epos Tolkiena o Władcy Pierścieni, film z niego zrobiony oglądają tysiące widzów – jeśli kojarzy się to z malarstwem Tchórzewskiego to tylko na zasadzie prekursorstwa naszego artysty; on sam nie mógł mieć o tym pojęcia, wynalazł coś niezależnego. W sumie rysunki i obrazy Tchórzewskiego pociągają „archaicznością”, pierwotnym „byciem przed byciem” albo grozą życia w jaskini czy przed zlodowaceniem. Rysunki, oglądane osobno, nawet nie muszą kierować pamięci ku obrazom, są samowystarczalne; gdy się je prześledzi od samych początków drogi twórczej artysty, widać wyraźnie zamiar ogólny, jakby był dany od razu i w całości, jakby Tchórzewski był w rdzeniu swej osobowości inny od innych. Taki dar bywa czasem określany jako obsesja, w rzeczywistości jest raczej przeczuciem siły istnienia, przenikania świata siłami spoza niego. Szczególnie ciekawe są w tym ujęciu wyobrażenia Ukrzyżowanego: Chrystus nie tyle umiera na krzyżu, ile wije się pod skazaniem, którego nie znamy [il. 3]. Wszystko razem, rysunki i obrazy, przejmująco ukazują siłę sztuki i jej zdolność do zgłębiania rzeczy ostatecznych. Jeśli nie mówić już o doświadczeniu mistycznym.

3. Jerzy Tchórzewski, Ukrzyżowanie, ok. 1995, flamaster na papierze, 42 × 30 cm
3. Jerzy Tchórzewski, Ukrzyżowanie, ok. 1995, flamaster na papierze, 42 × 30 cm

∗ ∗ ∗

Pod sam koniec życia Jerzy Tchórzewski robił maleńkie rysuneczki. Przeważnie na odwrotnych stronach zaproszeń. Kilka linii, kreseczki; często są „uzupełnieniem” strony zadrukowanej – jakieś podkreślenia, podcienienia. Tych karteczek na wystawie nie będzie – są zbyt „luźne”. Są jednak czymś zupełnie innym niż styl Tchórzewskiego, są wyrwaniem się w przód. Są też świadectwem, że nic się nie kończy.

 

[2003]

 


[1] Mowa o wystawie: Jerzy Tchórzewski. Rysunki, Hotel de Saxe, Warszawa, 20 III – 22 IV 2003 [przyp. red.].